sobota, 31 sierpnia 2013

Kompulsy i bulimia

Jesteś gruba, czego się gapisz spaślaku, tłusta świnio. We wszystkim wyglądasz tragicznie, jak słoń. Nienawidzę Cię, nie zasługujesz by żyć, jesteś grubasem. Nie umiesz się opanować, inne dziewczyny są chude a Ty? Tłusta krowa.*

*To nie cytat, a jedynie myśli bulimiczki.

Po raz kolejny przeczytałam post dotyczący kompulsywnego objadania się i pomyślałam - dość. Tak nie można żyć, ogarnijcie się dziewczyny. Łatwo powiedzieć 'ogarnij się'  ale co zrobić jeżeli 24h na dobę myślisz o jedzeniu? Co zrobić jeżeli postanawiasz zjeść jednego cukierka a nagle 20 zniknęło w czeluściach Twojej jamy ustnej? A po nich drugie opakowanie ciastek, 5 kawałków maminego ciasta i drożdżówka...

Nie jestem specjalistką od zaburzeń odżywiania, choć każdy możliwy program telewizyjny mam zapewne obejrzany (bo to interesujący temat).  Tak samo nie bardzo znam się na anoreksji. Natomiast dużo mogę powiedzieć o bulimii. A na pewno mogę Wam coś doradzić. 

Zacznijmy od kompulsów, czyli szybkiego i nagłego ataku spożywania pokarmów w horrendalnych ilościach. Moja teoria mówi, że:
  • każdy organizm potrzebuje czasem zjeść coś złego, niedobrego, tłustego lub przesłodkiego. Jesteśmy tak skonstruowani, że organizm informuje nas na co mamy ochotę. Tylko uwaga - to musi przyjść z organizmu a nie z głowy. To nie tak, że myślę o czekoladzie więc ją zjem -  to organizm musi jej pragnąć. Znacie to uczucie, gdy szybko i pilnie potrzebujecie wody? Pragnienie nie do zniesienia, a gdy dorwiecie się do butelki potraficie pochłonąć na raz co najmniej litr płynu. Tak samo jest z innymi rzeczami. Organizm potrzebuje czekolady? Dostarcz mu jej. Nie odmawiaj sobie niczego w 100% bo Twoje ciało ma na Ciebie sposób i w końcu i tak się skusisz. Pamiętaj, że np. w czekoladzie są różne składniki odżywcze, których Twoje ciało potrzebuje. Dlatego krzyczy o nie!
  • Zakazany owoc smakuje lepiej. Jak czegoś sobie odmawiasz, postanawiasz nie jeść słodyczy bo chcesz schudnąć albo nie zjesz swojej ulubionej pizzy bo to tryliard kalorii - jak długo wytrzymasz? Miesiąc? Pół roku? 2 lata? A może tylko tydzień... Ja robię sobie co jakiś czas miesiąc bez słodyczy ale nie popadajmy w przesadę - nie jadam wtedy kupnych słodyczy, ale nie oznacza to, że nie jem nic o słodkim smaku. Przecież wiele rzeczy można przygotować samodzielnie. Nawet Nutellę czy krem Kinder Bueno :) Pamiętaj, że im bardziej sobie odmawiasz tym bardziej Cię to kusi.
  • Odchudzanie to odkładanie uczty. Nie jesz słodyczy ani fast foodów bo nie chcesz - takie masz przekonania? Super. Ale dużo ludzi nie je ich tylko po to by schudnąć. A co jak schudną? Rzucają się na nie. Nadrabiają cały ten czas w kilka dni. I już nie będę się rozpisywać o efekcie jojo ale jakie to niezdrowe! Taka porcja złych, tłustych kalorii, które niszczą Twój organizm od środka zostawiając też ślady na zewnątrz...
  • Wszystko albo nic. Ja tak miałam - ok to będę jeść 1000kcal dziennie i schudnę. Cholera dzisiaj zjadłam drożdżówkę, wszystko przepadło...  bo skoro zjadłam jedną i przepadło to się już opchnę bo i tak jestem do bani. Za przeproszeniem gówno prawda. Jedna drożdżówka to nie porażka, ale 5 sztuk to już żałosny koniec. Dlaczego zakładasz, że nie możesz zjeść drożdżówki bo będziesz 'beznadziejna'? Pomyśl sobie - trudno, zjadłam ją bo miałam straszną ochotę ale pójdę na rower na godzinkę i nawet będę do przodu z kaloriami. ŚWIAT SIĘ NIE ZAWALI JAK ZJESZ PĄCZKA! To nie powód by zarzucać wszystkie postanowienia i czuć się przegraną. Potraktuj to jak paliwo do ćwiczeń :)
Jak sobie radzić z kompulsami? I ewentualnymi zachowaniami, które często pojawiają się po nich... Sprawa nie jest łatwa, ale nikt nie obiecywał, że będzie kolorowo.
  1. Jesteś po diecie i chcesz wrócić do normalnego jedzenia? Zastanów się nad definicją sformułowania 'normalne jedzenie'. Czy to oznacza obżeranie się burgerami i frytkami, zjadanie ogromu ciastek i cukierków? Stanowczo nie. Ale zaraz - czy w takim razie normalne odżywianie to jedzenie tylko białych mięs, zieleninek, razowego chlebka i kiełek? No właśnie dlaczego myślimy tylko w skrajnych kategoriach? Czy nie można zjeść 3 cukierków do kawy? Czy to grzech zjeść codziennie kawałek ulubionego sernika? Czy świat się zawali jak zjemy kawałek pizzy z chłopakiem raz w tygodniu? ZŁOTY ŚRODEK. To nie tylko jakaś tam utopijna bajeczka, to w życiu jest niezbędne, zwłaszcza gdy zewsząd otaczają nas wizerunki chudych dziewczyn z reklamą wielkiego burgera tuż obok. Lubisz słodycze? Jedz je! Ale jedz, a nie połykaj. Usiądź z dala od telewizji czy komputera, jedz po kawałeczku - delektuj się. Te 3 cukierki starczą za całą paczkę - przysięgam! Sama to przerabiałam. Jeśli bardzo lubisz słodkości to czemu nie zacząć robić ich samemu? Zrób ciasto ale użyj mąki pełnoziarnistej, oleju rzepakowego i serka homogenizowanego zamiast śmietany. Czy to takie trudne? Ok, są droższe ale co z tego - nie karzę Ci kupować tego codziennie. Poza tym ja sama często klepałam biedę, miałam niewiele pieniedzy na przetrwanie miesiąca i dałam radę. Takie pieczenie to też świetna zabawa - a jak Ci coś nie wyjdzie to też dobre doświadczenie na przyszłość ;)
  2. Stale myślisz o jedzeniu? Tak, wiem - rozumiem to doskonale. Miałam tak pod koniec studiów i w czasie 1 miesiąca wakacji. Wróciło to do mnie z prostej przyczyny - bo siedziałam w domu! Nie ma nic gorszego niż siedzieć w 4 ścianach, a najlepiej jeszcze zaraz obok lodówki. Niekoniecznie musisz się nudzić ale lodówka jest na wyciągnięcie ręki więc czemu by jej nie wyciągnąć? Tylko skosztuję... Rany jakie smaczne, wezmę jeszcze trochę. I jeszcze, jeszcze... opróżniasz lodówkę w jeden dzień choć zakupy miały starczyć na co najmniej 3... Znajdź sobie zajęcie. Nie możesz znaleźć pracy? A może jesteś jeszcze za młoda na pracę a masz dużo wolnego czasu (za dużo)? Pomyśl, co lubisz robić, co sprawia Ci radość. Ja lubię rysować, szkicować, lubię sztukę. Pomyślałam o decoupage - i jak to robię przepadam na kilka godzin. Tak po prostu, nie myślę o niczym innym jak tylko o tym by równo przykleić serwetkę. Może lubisz czytać? Albo lubisz grać na komputerze? Rób to. Cokolwiek jest w stanie zająć Twoje myśli w 100% - jest dobre dla Ciebie. Nie ma nic gorszego niż bezczynne siedzenie i użalanie się nad własnym tyłkiem! Jesteś brzydka i gruba? To się rusz i zrób coś z tym a nie siedź i nie czekaj na litość Bożą, bo bez Twoich szczerych chęci to i wszyscy świeci nie pomogą.
  3. Chcesz schudnąć? Tu nie jest łatwo. Od razu ostrzegam, bo taka jest prawda. Nie zrzucaj wszystkiego na jedzenie. To brak ruchu jest przyczyną otyłości a nie pszenica, tłuszcze czy cokolwiek innego. Jemy więcej a ruszamy się mniej. I nie potrzebuję żadnych głupich badań by to wiedzieć. To WIDAĆ! Są wyjątki - jak mi się serce śmieje jak widzę biegających czy jeżdżących na rowerze - mam ochotę ruszyć za nimi w podskokach! To jest Twoje życie, Twoja sylwetka więc weź się w garść. Nie możesz jednego dnia nie jeść prawie nic by następnego rzucać się na jedzenie. To nie jest chudnięcie, to jest samozagłada. jaki sygnał dajesz organizmowi? Ja się z Tobą bawię - dziś dam Ci za dużo, jutro nie dam Ci nic... Nikt nie lubi takiej zabawy, nikt z ludzi nie lubi niestabilności i niepewności - co robimy? Bronimy się. I organizm też to robi. Broni się jak może - gromadzi, magazynuje, odkłada na 'czarną godzinę'. A wtedy Czemu ja nie chudnę? Bo wyniszczony i wystawiany na próbę organizm nie da się tak łatwo pokonać. Jeżeli chcesz schudnąć to zasada brzmi: daj sobie czas. Nic na siłę. Nie przytyłaś w 2 dni to i w 2 dni nie schudniesz. To co się gromadziło przez lata musi mieć czas by z Ciebie zejść. Poza tym szybkie chudnięcie nic Ci nie da - efekt jojo murowany. Poza tym pamiętaj też, że Twoja psychika może nie nadążyć za Twoim chudnięciem. I będziesz grubasem w ciele chudego. Będziesz mieć grubą duszę. Odchudzanie zaczyna się w głowie - to musi być świadoma decyzja, a nie taka podejmowana pod impulsem typu 'o rany przytyłam!'.
  4. Nie jesteś dość chuda? A w ogóle po co chcesz być chuda? Bo inni są? Bo w telewizji są chudzi? Każdy ma inną przemianę materii, pamiętaj, że możesz mieć tzw. 'grube kości' co oznacza, że Twoja budowa zawsze będzie masywniejsza od innych. Ja np. mam mocne nogi. I nie są bynajmniej tłuste (twarde jak skała) ani też wyćwiczone, ale mam taką budowę, że mam mocne, grubsze nogi. I chociaż schudłam to nogi dalej są masywne :) I co z tego???? Zrób ze swoich wad atuty. To bardzo proste. Mam mocne nogi, które dobrze wyglądają w krótkich spodenkach - są kształtne, kobiece. Niektórzy mają nogi jak patyki co wręcz mnie odstręcza, ja swoje lubię bo są kształtne :) Nie mieścisz się w jakieś fajne rurki? ZMIEŃ JE! Kup inne, to tylko spodnie! A rozmiar S w jednych spodniach może mieć XL w drugich o tym samym obwodzie.... proszę Was, to tylko literka :) Może też warto zmienić ideały? Czy taka chuda modelka lub aktorka jest serio szczęśliwa? Skąd wiesz - problemy nie znikną gdy schudniesz, a często się nawarstwią.
  5. Przytyłaś? Zastanów się czy na pewno. W ciągu dnia waga potrafi wahać się nawet o 2 kg. Co jest dość logiczne zważywszy na fakt, że jemy i pijemy tak? Jeżeli więc wnioskujesz to po wadze to gratuluję wyobraźni. Cóż, mówią, że tylko kobieta potrafi wyczuć że przytyła 1kg ;) jeżeli zaś czujesz to po ubraniu to zastanów się czy czasem nie jesteś opuchnięta - od ciepła, braku lub nadmiaru wody, może za dużo dzisiaj zjadłaś albo zjadłaś coś, co powoduje wzdęcia? A może ćwiczyłaś intensywnie - mięśnie też puchną! To, że ubranie jest obcisłe może też powodować po prostu... pranie :) trochę się często kurczą. Nie panikuj tylko i nie płacz, że przytyłaś bo to wcale nie musi być prawda. A już na pewno nie ograniczaj jedzenia bo to ewidentnie prowadzi do kompulsów.
  6. Boisz się, że przytyjesz? To po co rzucasz się na jedzenie? No właśnie to nie takie proste - z jednej strony się boisz ale z drugiej nie umiesz opanować. Taki efekt jest murowany po głodówkach. Tak, dieta 1000kcal JEST GŁODÓWKĄ! I nikt mi nie wmówi, że jest na niej najedzony. Chudniesz, chudniesz a tu nagle napad. No jasne, nic dziwnego skoro organizm nie dostał żadnych składników odżywczych. Moim zdaniem 1500kcal to absolutne minimum. Dodaj do tego 30 minut ćwiczeń i będziesz chudnąć w oczach. Jak już musisz liczyć te kalorie to rób to chociaż z głową. Jak Jedna dziewczyna napisała, że przynajmniej zje sobie paczkę chipsów i czekoladę bo to mieści się w 1000kcal to się za głowę złapałam! A co Ty dostarczasz organizmowi panienko? Nie licząc ogromu chemii.... Nie jesteśmy cyborgami, kiedyś Twój organizm się na Tobie zemści. Nie przytyjesz jak będziesz jeść, przytyjesz jak będziesz sobie odmawiać by w końcu się na wszystko rzucać. Ale nic dziwnego skoro doprowadziłaś się do wilczego głodu dziewczyno!
  7. Liczysz kalorie? A pamiętasz, że kaloria kalorii nierówna? Świat dzieli się na dobre kalorie i na te złe. Te dobre wędrują do mózgu i sprawiają, że jeszcze zastanowisz się zanim zrobisz coś głupiego. Złe złośliwie przyklejają się do tyłka powodując 'depresję wagową'. Białko ma dużo kcal - chcesz je wyeliminować z tego powodu? To gratuluję, tylko czekać aż umrzesz. Nie, ja nie żartuję, TY UMRZESZ. Bo białko to podstawowy budulec organizmu. Może zrezygnujmy z węglowodanów i tłuszczy? Oczywiście, wtedy już nie ma mowy o ćwiczeniach fizycznych ani pracy umysłowej. Bo samochód też długo nie pociągnie bez paliwa. Zastanów się, co Ci da ograniczanie kcal, a jeżeli już musisz to robić to ogranicz te, które sobie zasłużyły na to - z batoników, ciastek pseudoowsianych, rogalików i  chipsów. I tak - możesz jeść ziemniaki. Nie przytyjesz w ciągu 10 minut od ich zjedzenia - uwierz.
  8. Sport, sport, SPORT! Ja jestem najlepszym przykładem na to, że nawet kanapowy (lub komputerowy) leń może odnaleźć w sobie sportowca. Ale zasada nr 1 brzmi: Nigdy nie ćwicz pod presją. Ani presją chudnięcia, ani dbania o siebie, ani z powodu złych emocji w domu. Szybko się zniechęcisz a ćwiczenia i tak nie będą Ci wychodziły. Jak mam dobry humor przebiegnę 15 okrążeń na bieżni, jak mam zły to 3. I jestem jeszcze bardziej zła na siebie bo przecież NIE DAŁAM RADY, JESTEM GRUBASEM! Chore, ale cóż w końcu notka jest o chorobie ;) Ćwicz dla siebie, nawet 10-15 minut dziennie (na youtube znajdziesz fajne ćwiczenia), urozmaicaj je zmieniając co jakiś czas repertuar ;) Tylko znowu nie wpadaj w kolejną obsesję - świat się nie zawali jak zrobisz sobie tydzień lub miesiąc wolnego :D Ja w sierpniu nie ćwiczyłam prawie nic i żyję i mam się dobrze (moja figura też) ;D Sport nakręca metabolizm, nie musisz więc czuć się winna, że jesz - w końcu musisz dostarczać paliwa ;)
  9. Ograniczanie produktów - już o tym pisałam, ale może warto powiedzieć jeszcze 1 rzecz. Lubisz białe pieczywo? Lubisz ziemniaki? Makaron? Żółty ser? W naszej dietetycznej społeczności utarło się wiele zakazów w stylu - ziemniaki są tuczące, nie jedz ich. WSZYSTKO JEST DLA LUDZI ale w zdrowych ilościach. Zjedz 2 razy w tygodniu ziemniaki, 3 razy makaron, raz ryż, a na śniadanie kajzerkę z masłem i serem. Ważne jest by nie opychać się do granic możliwości bo nie o to chodzi by jeść na zapas. Ciesz się tymi potrawami kilka razy w tygodniu a ich smak nabierze prawdziwego znaczenia. Dopiero wtedy poczujesz, co tak na prawdę jesz.
  10. Nigdy nie rób zakupów na zapas. Potrzebujesz 2 cukierków? Kup tylko 2 (w sklepie, na wagę). Wiem, ze łatwo jest powiedzieć, zwłaszcza, gdy mieszka się z rodziną, która jest słodkożerna (moja taka jest). Porozmawiaj z nimi - poproś by w Twojej obecności nie jadali nic słodkiego, a wszystko chowali przed Tobą. Wystarczy, że powiesz, iż chcesz ograniczyć słodkości (jak nie chcesz to nie mów im o chorobie). Mi w ograniczaniu ilości jedzenia pomogło też... odkładanie na następne śniadanie. Blog pomaga - nie zjem wszystkiego, bo mogę z tego wyczarować coś dobrego na następny raz. Nie musisz prowadzić bloga, po prostu bądź kreatywna w kuchni. Masz 3 cukierki - wykorzystaj na 3 różne śniadania. Po co jeść coś za 1 razem jeżeli może sprawić Ci potrójną przyjemność? :)
I na koniec najważniejsze - zaburzenia zaczynają się w głowie. To, że jesteś tu i czytasz tę notkę potakując głową oznacza, że coś w Twoim życiu poszło nie tak. Mogło zacząć się od odchudzania i niewiedzy o tym procesie, a mogło zacząć się od alkoholika w domu, krzyków czy odrzucenia. To, że chorujesz lub (w swoim mniemaniu) chorowałaś nie wzięło się znikąd.
Pomyśl o ludziach na których Ci zależy, pomyśl o przyszłości, ile rzeczy chcesz jeszcze w życiu robić. Czy na prawdę warto jest poświęcać się swojej chorobie? Tracić najlepsze lata. Nikt Cię nie wyleczy jeśli Ty nie będziesz tego chciała. Ale chciała prawdziwie. Jeśli nadal myślisz, że chcesz się wyleczyć ale nie chcesz być gruba - nie jesteś jeszcze gotowa.

Jeżeli macie jakieś pytania to piszcie.

piątek, 19 lipca 2013

Nie mam się w co ubrać - żale i kompleksy


W sieci natknęłam się przypadkiem  na ten o to rysunek i pomyślałam - wymaga małego komentarza ;) Na początek pragnę nadmienić, że pełna szafa ubrań to jeszcze nie dowód na to żeśmy zwariowały mówiąc, że nie mamy się w co ubrać. Zważywszy na to, że wybór jest tym trudniejszy im więcej posiada się opcji, zdaje się, że jesteśmy w pełni usprawiedliwione. No dobrze ale skąd to się w ogóle bierze? Pewnie nie odkryję Ameryki mówiąc (czy raczej pisząc), że nasze podejście do ubrań jest podyktowane podejściem do swojego ciała. I tylko całą górą emocji z danego dnia - czyż nie?
Jak postrzegasz swoje ciało? Cóż, na pewno każdego dnia inaczej. To dość zabawne, ale możemy wyglądać identycznie jak dzień wcześniej a postrzegać siebie w diametralnie różny sposób. Wyobraź sobie - budzisz się z rana uśmiechnięta, wypoczęta, z lekkimi wypiekami na twarzy - patrzysz na siebie i nie wierzysz, nigdy nie byłaś piękniejsza! Czujesz się lekka, delikatna, pachnąca - jak kwiat. A teraz zejdźmy na ziemię - wchodzisz do kuchni, przypalasz patelnię bo naleśnikom zachciało się przykleić, upaćkałaś stół mąką i dżemem, raaaany znowu góra naczyń do zmywania??? To czyja była kolej wczoraj?! Podchodzisz do lustra - no tak, motyla ani śladu, teraz patrzy na Ciebie raczej mała, pulchna larwa. No i co na taką bezkształtną larwę założyć???
Tak właśnie to działa - czasem wystarczy drobna rzecz, cokolwiek - ktoś użył Twojego ulubionego kubka i nie umył go - śmierć mu! - i już czujesz się beznadziejna. Nie chce Ci się wychodzić z domu, wyglądasz jak parówka, najlepiej założyłabyś na siebie worek po ziemniakach - i tak nikt nie zauważy różnicy...
Ale w coś się ubrać trzeba... media podsuwają nam tysiące pomysłów - sylwetka gruszki, jabłka, lizaka... tylko batonika brakuje, nie no jest też kolumna - można uznać za batonik. Dieta cud, dieta fit, diety warzywne, białkowe, jadłospis modelki, baletnicy, celebrytki - rany jak tu się w tym nie pogubić? I wtedy stoisz przed lustrem i próbujesz - ukryjesz brzuch ale widać masywne ramiona. Ukryjesz ramiona to znów zakryjesz resztki talii. Czarny wyszczupla, biały pogrubi, ale znowu kolory ożywiają a czerń powoduje szarzenie skóry. Jasna góra ciemny dół? Zaburzy proporcje. To jak dobrać te cholerne kolory? No i kwestia rozmiaru... L? Nie ma mowy - wcisnę się w S, ewentualnie M. A rzeczywistość bywa bolesna.... bo rozmiarówki są różne.
OD POCZĄTKU I SPOKOJNIE DZIEWCZYNY!
Plan A. Wstajesz rano i masz kiepski humor? Włącz ulubioną stację radiową, a jak prowadzący Cię wkurza - radio internetowe. Poszalej chwile w piżamie, pośpiewaj, pomachaj włosami, SPOĆ SIĘ Z RANA POZYTYWNIE HA! Oczywiście potem szybki prysznic - dla odświeżenia ciała i umysłu. Oho burczy w brzuchu? Zjedz to co lubisz - na śniadanie se nie żałuj - spalisz w ciągu dnia. Ale nigdy nie bierz dokładki (aha - nie chcemy poczucia winy i wystającego brzucha z rana!). I dobra kawa - lub herbata. Jestem w niebie a Wy? Jeszcze nie? To lecimy dalej! Trzeba iść do szkoły/pracy/sklepu/na spotkanie/wynieść śmieci - i ZAWSZE WYGLĄDAĆ DOBRZE! Szybki make up - rzęsy i podkład. Podstawa. Ubranie i bum - mamy problem. No bo co ja mam na siebie włożyć.... Oto kilka ważnych kwestii:
  1. Pogoda - sprawdź temperaturę, wyjrzyj za okno, wychyl się nawet jeśli możesz, zaczerpnij trochę świeżego powietrza. Oceń - ciepło czy zimno? Subiektywnie. Wybierz materiał, grubość, długość.
  2. Cel - do pracy czy na spotkanie towarzyskie wiadomo - inaczej. Strój swobodny czy może bardziej oficjalny? Sama oceń.
  3. Jak się czujesz? Wesoła, neutralna czy raczej na nie? Na pewno masz kilka ciuchów, które ewidentnie ZAWSZE wyglądają na Tobie dobrze (ja mam jedną taką bluzeczkę - ale jest czarna... cholera!) - jak masz kiepski humor zdecyduj się na ten ciuch, lub tę stylizację, którą znasz i wiesz, że nie dobije Cię dodatkowo (choć przy złym humorze to znowuż może nie działać...).
  4. Ile masz czasu - godzina do wyjścia? Możesz próbować nowego połączenia, innego zestawu niż zwykle. 20 minut? To może jednak standardowo bluza i spodenki ;)
  5. Kolor - błagam nie ubierajcie się w całości na czarno! Ja wiem - sama lubię ten kolor i on faktycznie optycznie wyszczupla, ale nie jak w całości się tak ubierzemy - przyjaciele zaczną szukać nas w tonie czarnej płachty, bo wraz z utratą kolorów gubimy naszą energię i chęć do życia... Jak lubisz czarny - połącz go z fioletem, czerwienią, granatem - dalej ciemno, gotycko ale nieco energiczniej. Kolory to coś, co odgrywa w życiu ludzkim ogromną wagę - nie są frywolnym dodatkiem do codzienności, one nas określają - jacy jesteśmy, kim jesteśmy, czego chcemy od życia. Czego chce od życia osoba ubrana (całkowicie!) na czarno?
  6. Co jest modne. Nienawidzę tego określenia - to jest modne, to się nosi, a tego nie. Choć dzisiaj już jest tak, że się chyba wszystko nosi. Bo jak coś jest jak z innej epoki to okazuje się być właśnie trendy. A nie sorry - vintage. Tak się mówi. Ubierz to, co lubisz a nie to, co narzuca CI świat. To Ty nosisz te ciuchy a nie pani z telewizji określająca najmodniejsze kroje tego lata. Że tak zacytuję moją Muti (mamę): Modne jest to, co ja noszę o! Ta kobieta rozbraja mnie na każdym kroku (pozytywnie). Jest prawie dwa razy starsza ode mnie (a mam 23 lata) a uwielbia wszystko, co świecące, błyszczące i cekinowe lub brokatowe. I co z tego - czuje się w tym dobrze, emanuje pozytywną energią i humorem. Bo nosi to, co lubi! Choć ona też ma dwie szafy ubrań i nie ma co włożyć nigdy eh... my kobiety.
  7. Nikt nie jest idealny - nie jesteś i Ty. Jesteś sobą, jedyna w swoim rodzaju. Uśmiechnij się - to dopełnienie stroju, podstawowy dodatek, element X w Twojej stylizacji. Uśmiech dodaje atrakcyjności, pewności siebie i ćwiczy mięśnie (widzisz? A mówiłaś, że nie uprawiasz żadnego sportu!). Uśmiechem możesz zdziałać na prawdę wiele (jeszcze się przekonasz!).
Ubrana, zwarta i gotowa? Ruszaj na podbój świata. Bo tylko z takim nastawieniem przeżyjesz dzień bez kompleksów, albo przynajmniej bez większości z nich ;) Pomyśl, że masz wiele do zaoferowania światu - masę pomysłów, talentów, energii! Ruszaj i nie oglądaj się za siebie (ani do szafy).

Plan B.Wracaj do łóżka. Serio, czasami trzeba po prostu przespać się z wszystkimi mękami tego świata, to znaczy kompleksami głównie.

Recepta na sukces? Nie ma, bo jakby była to wszystkie byśmy chodziły szczęśliwe. I dobrze ubrane, ale to się ze sobą łączy oczywiście.
Przede wszystkim dziewczyny - zróbcie z codzienności święto :) Tak, tak - poważnie, każda rzecz robiona przez Was powinna być celebrowana! Doświadczajcie życia w całkowitym skupieniu, doceniając każdą chwilę. Posiłki przygotowane tak, by ślicznie wyglądały, jedzone w ciszy i spokoju (bez telewizora, broń boże!). Sprzątanie zamień w zabawę - włącz radio, potańcz, pośpiewaj, lub zorganizuj pracę wspólną w rodzinie (i pamiętaj by wszystkich chwalić - zwłaszcza facetów!). Wyprawa do sklepu, nawet gdy nie zamierzasz niczego kupić, pooglądaj produkty, zaplanuj posiłki, ciesz się sezonem na owoce/warzywa, które lubisz. Praca/szkoła - nauczysz się czegoś nowego, spotkasz ze znajomymi, pogadasz, wyjdziesz do ludzi. A może zwyczajny spacer wieczorem? Uspokój myśli, obowiązki są i będą, ale wszyscy wiemy, że wypełnianie ich idzie nam znacznie lepiej gdy mamy dobry humor. Teraz masz czas dla siebie - Ty jesteś najważniejsza. A w ciemności się zawsze dobrze wygląda czyż nie? ;)

Miłego dnia (życia) dziewczyny!

wtorek, 18 czerwca 2013

A Ty się znowu odchudzasz...

W piekarniku właśnie kolejna wersja ciasta fasolowego... a mnie natchnęło, żeby napisać.
Może to dlatego, że jestem po niecałych 5h snu, ultra wkuwaniu i szczęśliwie zaliczeniu już prawie wszystkiego (nie lubię tego zwrotu - zawsze gdy go używam pojawia się jeszcze coś). Natchnęło mnie a i owszem, bo jestem człowiekiem nerwowym i wkurza mnie jedna rzecz - że muszę się często tłumaczyć z tego, JAK JEM.

Bo jak ja jem? A no zdrowo. A nie każdy pojmuje co to znaczy. Ty się odchudzasz??? Z czego? Dziewczyno opanuj się.  Zaiste mam ochotę przywalić patelnią w pusty łeb. Czy fakt, że mam co jakiś czas miesiące bez słodyczy, albo, że nie chce zjeść obleśnego kebaba czy frytek ociekających tłuszczem wielokrotnego użytku czyni mnie już anorektyczką i paranoiczką? Przypuszczam, ze wątpię.

Zacznijmy od początku. Jest wiele osób, które odżywia się zdrowo, i czasem ciężko jest to zdefiniować - część z nas nie je w ogóle słodyczy, inni jedzą ale w towarzystwie zdrowych dań (np. naleśniki pełnoziarniste lub owsianka). Część stawia na warzywa z chudym mięsem - inni wolą kasze i pełnoziarniste makarony. Chcę sprostować jedną rzecz - zdrowo nie znaczy nisko kalorycznie. I niech to będzie pierwsza zasada. Weźmy np. orzechy - zjem jedną czy dwie garści i jest to w przybliżeniu tyle kcal ile w paczce ciastek. Tylko, że te kalorie wesoło powędrują do mojego mózgu, który błaga mnie o litość od jakiegoś miesiąca wkuwania i pisania różnych bzdur. A kalorie z ciastka ze złośliwym uśmieszkiem przykleją się do mojej pupy i ud (ich strategiczne pole bojowe). 
Kolejna zasada - jeżeli jem zdrowo to nie przez tydzień, ani nie miesiąc ale całe życie. Bo taka jest moja filozofia, tego chce. Ja się nie odchudzam tylko żyję zdrowo - to zasadnicza różnica, bo nic i nikt mnie do tego nie przymusza. Ja nie pękam gdy widzę paczkę ciastek, ani nie łamię się na widok tabliczki czekolady. Jeżeli ją zjadłam to prawdopodobnie dlatego, że była zdrowa (gorzka, odpowiedni skład) i miałam na nią ochotę, zrobiłam to więc w zgodzie ze sobą (choć nie mam zwyczaju zjadania całej tabliczki - po co? Można ją wykorzystać przecież na co najmniej 10 różnorodnych śniadań!).
N-ty problem - No ale Ty tyle ćwiczysz! Po pierwsze wcale nie ćwiczę dużo, mogłabym znacznie więcej ale nie rzadko mi się nie chce albo nie mam czasu, po drugie całe życie byłam kanapowym leniuszkiem to chyba mam co nadrabiać. Poza tym nie chodzi tu bynajmniej o spadek wagi - może bardziej o centymetry, choć teraz to już się ani nie ważę ani nie mierzę. Ćwiczę bo chcę, bo dla mnie przyjemnością jest gdy oderwę się na chwile od tego głupiego kompa, do którego przykuwają mnie studia, praca a i często głupia nuda. I wspaniałym uczuciem jest pokonanie własnego lenia, myśl, że robię coś nareszcie TYLKO DLA SIEBIE. Jasne, czasami patrze w lustro i myślę o sobie, że jestem gruba. Ale to naleciałości z przeszłości, a sport pozwala mi utwierdzić siebie w przekonaniu, że pracuję nad sobą i będzie już tylko lepiej :)

Podsumowując - w czym sęk? Jak idę w gości, albo do znajomych albo gdziekolwiek - zawsze to dziwne spojrzenie. Nie będę jadła jakiegoś świństwa z syropem glukozowym tylko po to, by sprawić komuś przyjemność. Zrobiłeś coś sam(a)? Super! Chętnie spróbuję! U cioci były ostatnio cudne pralinki - orzech włoski w prawdziwej gorzkiej czekoladzie. Poczęstowała mnie też truskawkami - jadłam aż mi się uszy trzesły. Ale jak widze u kogoś jakieś kupne wafelki, ciasta z pobliskiej cukierni czy nawet cukierki - moja myśl: sam cukier, po co się truć, nie chce, nie mam ochoty.
Czasem i mnie bierze na słodycze - co robię? Własne deserki - owoce z jogurtem, cynamonem, miód (w hektolitrach), masło orzechowe, domowa nutella, kawałki gorzkiej czekolady, odrobina biszkoptów (o sprawdzonym składzie) - wszystko to, co szczerze kocham.
Albo piekę ciasto. Fasolowe ;) hahaha idę sprawdzić, co tam słychać w piekarniku :D Na koniec fajny obrazek, znalazłam go kieeedyś w sieci - nie mojego autorstwa.


Zasady:

Jem zdrowo ale nie niskokalorycznie
Jem ze smakiem, ale naturalnym a nie pochodzenia "e"
Zażywam dużo ruchu, bo dotlenione ciało to szczęśliwe ciało
Eksperymentuje w kuchni - poznaje nowe smaki i uczę się stale lekkiej kuchni
Akceptuje siebie, a niedoskonałości traktuję jako motywację do pracy nad sobą

poniedziałek, 10 czerwca 2013

Po co drugi blog?

Tym, którzy mnie kojarzą mówię siemka ^^ Tym, którzy nie kojarzą dzień dobry ;)
Tak to już ze mną jest, że nachodzą mnie myśli - tu, tam i wszędzie. Dosłownie nie ma chwili, żebym o czymś nie myślała! Czasami wariuję już we własnej głowie i pragnę jakiejś opcji wyciszenia bo nie wytrzymam. A biorąc pod uwagę, że jestem osobą obowiązkową to dodatkowo myślę stale o tym, co jeszcze miałam zrobić, studia, dom, wydatki, rodzinka, chłopak, jedzenie...

Na każdy temat mam różne przemyślenia, stąd ten blog. Prowadzę jeszcze My sweet morning ale nie chcę tam pisać o niczym poza jedzeniem - to typowy blog śniadaniowy. Natomiast tutaj pozwolę sobie wyrzucać myśli, ktore przechodzą przeze mnie wciągu dnia. Myślę, że będzie to dla mnie dobra terapia i sposób na zrozumienie siebie odrobinę lepiej. Bo kobiety zrozumieć jest ponoć ciężko, ale mam wrażenie, że u mnie nie jest to podyktowane płcią a skomplikowanym charakterem :)

Także do napisania wkrótce!



Wystąpił błąd w tym gadżecie.